piątek, 23 stycznia 2015

2


Promienie słoneczne wpadające przez okno do mego pokoju otuliły moją twarz już o poranku. Wyimaginowane powieści mej wyobraźni same pięły się na szczyt, a zrzucając cały ciężar pospolitej historii musiałam wmówić samej sobie, że jestem wypoczęta i obrać kierunek szkoły. Chcąc nie chcąc musiałam zmierzyć się z dotykiem zmartwień, który gnębił mnie przez ostatni czas, by tylko nie pozwolić złudzeniom przejąc inicjatywy. 
Wyswobadzając się z pod ciepłej kołdry ruszyłam w kierunku łazienki, gdzie wzięłam orzeźwiający prysznic, który mimowolnie postawił mnie na nogi. Kropelki wody dały przypływ energii na kolejne kilka godzin, bym w jakikolwiek sposób mogła funkcjonować. Odprężały mnie i ukaiały, lecz magiczne chwile pod prysznicem przerwał dzwoniący telefon. Westchnęłam ciężko pod nosem otulając swe ciało puszystym fioletowym ręcznikiem. Jego miękki materiał idealnie zarysowywał moją zgrabną sylwetkę łagodząc jej wierzch. 
- Co tam Alison? 
- Będę u Ciebie za godzinę. 
- Spotkajmy się pod szpitalem, muszę wpaść do mamy. 
- Twoja mama jest w szpitalu? 
- Opowiem Ci wszystko jak się zobaczymy, Pa. - odłożyłam telefon na łóżko biorąc czystą bieliznę i ubrania, by ruszyć ponownie do łazienki, gdzie też ułożyłam swoje długie, kręcone brązowe włosy. Były moim utrapieniem, lecz nigdy bym ich nie obcięła. Są zbyt piękne i zdrowe. Nie chciałabym żałować. W pewnym stopniu one również dodawały uroku do całokształtu.

~♦~
Zdyszana dobiegłam na miejsce. Sala, w której leżała mama była na 4 piętrze, dlatego też wolałam skorzystać z windy. Za 30 min ma być tutaj Alison, a ja chciałam jeszcze dowiedzieć się jak miewa się moja kochana kobieta. Wchodząc do pomieszczenia, w którym już od progu witała mnie z uśmiechem szatynka nabrałam powietrza do płuc. Nie lubiłam szpitali. To tylko góra chorób i śmierci. 
- Cześć mamo. Jak się czujesz? - ucałowałam jej blady policzek nieco jeszcze delikatniej ją do siebie przytulając. Była jeszcze słaba, więc nie chciałam jej męczyć. 
- Witaj córeczko. Jest już lepiej, dbają tutaj o mnie i pewnie pojutrze już wrócę do domu. Jak zleciała Ci ta noc? Nie bałaś się? 
- Przestań mamo. Nie miałam czego. 
- Może zadzwonię po babcię, byś nie siedziała sama. 
- Nie martw już babci, poradzę sobie. 
- Wiesz, że chcę dla Ciebie jak najlepiej. - od zawsze była troskliwą rodzicielką, więc nawet nie byłam zdziwiona, że już obmyśliła jakiś szczególny plan. 
- Przyniosłam Ci owoce i sok, potrzebujesz czegoś jeszcze? 
- Nie, raczej mam wszystko. 
- W takim razie przyjdę po szkole. Do zobaczenia - wolałabym, aby wróciła już do domu, lecz nie poradzę na to zupełnie nic. Musi wypocząć swoje właśnie tutaj.
Wychodząc przed budynek dostrzegłam nie za wysoką blondynkę. Już na mnie czekała. Posłałam jej sympatyczny uśmiech mocno przytulając ją do siebie. Stęskniłam się za nią mimo, że nie widziałam jej tylko dwa dni. Była moją najlepszą przyjaciółką i jako jedyną nie intrygowało ją to na jaką sumę jestem obstawiona. Przyjaźniła się ze mną za to jaka byłam. A ci inni materialiści tylko się przy niej kryli. 
- Teraz może opowiesz mi co takiego się wydarzyło. 
- Wczoraj była sprawa rozwodowa moich rodziców. 
- I mi o tym nie powiedziałaś? - właśnie jej nie powiedziałam? Przecież jej ufałam. 
- Wiesz, że to dla mnie trudne. Nie na co dzień Twoi rodzice się rozstają. Nadal nie mogę przywyknąć mimo, że ojciec już nie mieszka z nami pół roku. Po prostu miałam jeszcze jakieś nadzieje, ale od wczoraj... Od wczoraj wszystko pękło. 
- Nie Ty jedna znalazłaś się w takiej sytuacji Holly. 
- Być może masz i rację, ale ja jako jedyna straciłam marzenia. 
- Straciłaś po prostu dochód swego ojca to nie marzenia. 
- W większym stopniu tak. Teraz będę musiała iść do - wzdrygnęłam się na samą myśl. Od zawsze miałam wszystko czego chciałam, nie narzekałam na niedosyt czegokolwiek, a teraz w mgnieniu oka musiałam zrezygnować. 
- Pracy? A alimenty? 
- Nie utrzymamy się z nich. Mama teraz powinna odpoczywać, ja muszę się nią zająć. 
- Mogę popytać w naszym barze. 
- Alison wiesz dobrze co sądzę o tej pracy. 
- Nie każe Ci tańczyć, popracujesz jako kelnerka. 
- I mam obsługiwać obleśnych starych fagasów? Nigdy. 
- W dzień ich wcale nie ma, a po drugie przecież nie musisz nic z nimi robić. Podajesz tylko zamówienia. 
- Pomyślę, ale nie wiem czy skorzystam. 
- Jak chcesz. Napiwki są bardzo korzystne. Starczy Ci na najnowsze kolekcje. 
- Są tak dobitne? - w moich myślach zawrzało. Może to dobry pomysł. Pieniądze się przydadzą. 
- Popytam, a teraz już wejdźmy do tej szkoły. 
_

Dziedziniec. Mnóstwo ludzi na ogrodach, na boisku i przed głównym budynkiem. Jak w każdej szkole dzielimy się na tak zwane popularne i mniej popularne grupki. Tam przy fontannach stoją ludzie, którzy nie dbają zupełnie o swój wizerunek, a od których łatwo nabić sobie guza. Są typową chmarą żerującą na cierpieniu innych. Cwaniaki, których tylko spotkasz pojedynczo miękną pod Twym chytrym uśmiechem. A tam na boisku szkolna drużyna koszykarska. Najprzystojniejsi i popularni faceci za którym ugania się nie jedna dziewczyna ze szkoły i poza niej. Tańczą im tez cheerleaderki jak im tylko nakażą. Są na tak zwane skinięcie każdego zawodnika. Tuż przy nich w ogrodzie znajdują się popularne dzieciaki, które żerują bardziej na pieniądzach swych rodziców. Tak, masz rację. Jeszcze do niedawna mogłam się tam przypisać. Robili mi wodę sodową, że nawet odwracałam się od Alison, ale w ostatniej chwili obudziłam się i swe rozkojarzenia zostawiłam w tyle. Wyszło mi to na lepsze. I właśnie w ostatniej fazie są osoby wybitne poświęcające aż za dużo czasu dla swej wiedzy wpajanej przez książki. Gdzie nie gdzie odnajdziesz osoby, które nie zaliczają się do żadnej z nich. Mają głęboko to co się tutaj dzieje i tylko chcą jak najszybciej opuścić mury tego budynku. Na obecną chwilę też do nich się zaliczam. Nie wdrążam się w jakiekolwiek przyjemności z innymi i jest mi wszystko jedno. 
- Richard gdzie zgubiłaś swój styl? Ups.. Ty go nigdy nie miałaś. - Destiny.. Mogłam się spodziewać. Ta dziewczyna nie przepuści sobie niczego. Jeszcze tylko, żeby naprawdę potrafiła komuś dopiec, a jest nic nie znaczącym pionkiem tej szarej masy. 
- Wiliams, A Ty gdzie zgubiłaś chłopaka? Ups w łazience z przyjaciółką. - wywróciłam teatralnie tęczówkami olewając jej dalsze obelgi. Tak jej John ją zdradził z przyjaciółką, której tak bardzo ufała. Nie ma litości. Karma powraca. 
- Holly nie przejmuj się nią. Pieniądze to nie wszystko. 
- Nie przejmuje się takim ścierwem nigdy. 
Westchnęłam ciężko pod nosem kierując się tuż do sali, gdzie za pięć minut miał rozpocząć się angielski. Nie zwracałam zbyt uwagi na to co dzieję się wokół mnie. Interesował mnie tylko mój świat, w którym było jeszcze tak pięknie. Może i użalałam się nad sobą, ale naprawdę jest mi ciężko. Nie dlatego, że teraz będę miała limit wydawania pieniędzy, a dlatego, że już nie ujrzę zakochanych rodziców na śniadaniu, obiedzie czy kolacji. Nie powygłupiam się z ojcem tylko dlatego, że właśnie teraz może miziać się z kobietą o wiele lat młodszą od siebie. To proste, że poleciała na pieniądze. Inaczej nie wzięła by starszego od siebie o 20 lat mężczyzny. Tylko gdzie ojciec stracił rozum? Jeszcze go omota i opije swój sukces. 
Przejmie jego firmę, pieniądze, oszczędności i wróci z pod kulonym ogonem. Jak każdy facet. 
- Holly - szturchnęła mnie blond włosa. 
- Tak? 
- To od Dylana - rozwijając karteczkę spojrzałam na chłopaka ze szkolnej drużyny. Bacznie mnie obserwował " Czemu jesteś smutna? Którego to mam zamordować? Z uśmiechem Ci bardziej do twarzy piękna " sama nie wiem czemu, ale mimowolnie uśmiech wkradł się na moją buźkę, a wtedy mogłam usłyszeć śmiech Dylana. Jest uroczy. Przystojny i potrafi być kochany, ale zarazem agresywny. Żaden może z niego romantyk, ale jego umięśnione ciało. Podobał mi się. Owszem. Ale nie tylko mi. Kilka dziewczyn się w nim podkochiwało. Był naprawdę dobrym ciachem, więc nie ma co się dziwić. 
_
- Mówiłem, że z uśmiechem Ci o wiele lepiej. - siedząc na stołówce do stolika przy którym siedziałam z Alison i Emilly podszedł chłopak, którego najmniej bym się tutaj spodziewała. Ostatni chłopak w tej szkole od którego mogłabym to usłyszeć. 
- Huh? Bieber o czym Ty mówisz? - zaśmiałam mu się w twarz zrezygnowana spoglądając na dziewczyny. Był ostatnią osoba z którą nawet miałabym ochotę rozmawiać. To największa ofiara w tej szkole. Bez kolegów, mający dobre wyniki w nauce i nigdy nie mający dziewczyny. Trochę kiepsko. 
- O Twym pięknym uśmiechu - puścił mi oczko, a mnie zemdliło. Nie z podniecenia, a bardziej z obrzydzenia. Oczywiście nie mogłam mu nic zarzucić, ale nie był chłopakiem z którym mogłabym się umówić. Przyszedł do naszej szkoły rok temu. Nie odzywał się praktycznie do nikogo. Było kilka dziewczyn, które próbowały zwrócić jego uwagę na siebie, ale on był nie ugięty. Tak jakby płeć damska wcale go nie interesowała. 
- Zaraz się zrzygam - udawałam, że wraca mi drugie śniadanie, gdy jego uśmiech zszedł. Zrobiło mi się głupio, ale grałam nadal na zwłokę. - Nie masz szans, cześć. - odchodząc od stołu kiwnęłam głową do dziewczyn byśmy jak najszybciej opuściły szkolną stołówkę. 
- Holly masz powodzenie - śmiała się Emilly. Wywróciłam teatralnie tęczówkami rozglądając się wokół czy ten chłopak już sobie odszedł od nas. 
- Umówisz Cię z nim? 
- Emm przestań. Mam gorsze problemy niż randka z tym chłopakiem. 
- Ale patrząc w innym kierunku jest strasznie słodki. 
- Ty się słyszysz? 
- Już nie udawaj, nie jest najgorszy. 
- Nie interesuje mnie to Emilly. Dla mnie już na starcie jest skończony. 
- Jak uważasz. 
- A ja o nim słyszałam, że dokładnie po północy w jego domu słychać przeraźliwe jęki. 
- Może korzysta chłopak z życia - zaśmiałam się. 
- Chodzi tutaj o jęki cierpienia, jest strasznym dziwakiem. - powtórzyła Alison, aby po chwili dodać - najlepiej trzymać się z daleka. 
- Nieważne. Ali nie idę na dalsze lekcje, kryj mnie. Powiedz, że źle się poczułam czy coś. 
- Ale gdzie Ty idziesz? 
- Muszę załatwić sprawy z ojcem. 

~♦~
Stojąc pod ogromnym szklanym wieżowcem spojrzałam w górę. Musiał mieć wiele pięter. I to wszystko należało do mego ojca. Wybił się, a ja i tak jestem tutaj może dopiero z czwarty raz. Nigdy nie miałam potrzeby tutaj przebywać. Było mi obojętne gdzie On pracuje i czym się zajmuje. Wchodząc do holu podeszłam do punktu głównego, by zapytać się pracującej na tym stanowisku pani, gdzie aktualnie znajduje się mój ojciec.
- Jest w swoim gabinecie. 12 piętro, pokój nr 333. - skinęłam głową na znak zrozumienia przy czym obserwując idealny zarys całej przestrzeni ruszyłam w stronę windy. Jedno kliknięcie i byłam na piętrze mojego ojca. Spotkanie z nim będzie bardzo ciekawe. Już to czułam. 
- Pani w jakiej sprawie? 
- Ja do Oscara. 
- Była pani umówiona? 
- Zawsze mnie wpuści. 
- Ma teraz zebranie, nie może pani tam wejść. 
- Pracuje pani tutaj chyba od niedawna. - nie zwracając uwagi na jej dalsze przykazania pchnęłam z imptem drzwi, a mym oczom ukazał się tłum mężczyzn w wieku mego ojca. Kobieta miała rację. 
- Muszę z Tobą porozmawiać - westchnęłam. 
- Córeczko poczekaj w gabinecie, zaraz tam przyjdę. 
- Natychmiast. - moje mięśnie dobitnie się napinały, nie mogłam czekać. Byłam niecierpliwa. 
_

- Tak więc co Cię do mnie sprowadza? 
- Interesy tatusiu, interesy - ułożyłam się wygodnie na fotelu w jego gabinecie i obserwowałam uważnie jego minę. 
- A więc słucham. 
- Potrzebuję gotówki. 
- Dostajesz miesięczną wypłatę. 
- Znudziło mi się traktowanie mnie jak pracownika, nie zapominaj, że jestem Twoją córką i mam potrzeby. 
- Kwota którą dostajesz w zupełności Ci wystarczy. 
- Słyszysz się? Ta dziwka oskubuje Cię z pieniędzy. Jest ci obca, a ja? 
- Nie waż się tak o niej mówić. 
- A ja dostaje marne tysiąc złoty?
- Holly masz jeszcze matkę, nie zapominaj. 
- Wystarczy już, że się mną opiekuje i poświęca mi swój czas. To cenniejsze. 
- W takim razie kup sobie za to nowe ubrania. 
- Jesteś bezczelny. Ona Cię tak zmieniła? 
- Nie dostaniesz ode mnie więcej pieniędzy, muszę wracać na obrady. 
- Nienawidzę Cię. - wychrypiałam przewracając fotel na którym właśnie przed chwilą siedziałam. Byłam na tyle wściekła, że mogłabym rozwalić wszystko. Jego zimny i stanowczy ton przeszywał mnie na wskroś. Byłam zdruzgotana. Bałam się, że nie poradzimy sobie z mamą. Nie wszystko będzie tak kolorowe jak do tej pory. Będę musiała wziąć za siebie i mamę odpowiedzialność. A to ogromny krok w przyszłość. Miałam nadzieję, że sobie poradzę.



~♦~

Nie umiem powiedzieć czy rozdział wyszedł mi dobrze czy też nie, bo nie do mnie ta opinia należy. Dla mnie one zawsze będą przeciętne, gdyż moja krytyka jest jednoznaczna dla samej siebie. 
Jest jaki jest, Justin pojawił się tylko na chwilę, ale już w trzecim rozdziale będziemy o nim słychać o wiele więcej. I nie nie będzie to żadna sielanka w szkole, nie musicie się martwić o coś starego i monotonnego. Będzie się działo. 
Jak na razie mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tymi dwoma rozdziałami. Teraz już akcja będzie się rozwijać. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz